Wyprawa do Hong Kongu

Jak wspominałam wcześniej – jakieś 2 tygodnie temu poleciałam z chłopakiem do Hong Kongu.. – brzmi kosmicznie, nawet teraz, kiedy już wróciłam. Ale trafiła nam się okazja, której ciężko było się oprzeć. Jeszcze nigdy wcześniej nie byłam w Azji. Jedyne, z czym mi się kojarzył nasz wyjazd to kompletna egzotyka. I dokładnie tak było :)

Hong Kong jest nowoczesną i bardzo bogatą metropolią, pełniącą funkcję Specjalnego Regionu Administracyjnego Chin. To światowe centrum handlowo-finansowe, potęga gospodarcza, stolica międzynarodowego biznesu. To w końcu najgęściej zaludniony obszar świata, który z liczbą nawet 130 tys. osób na kilometr kwadratowy (!) znalazł się w Księdze Rekordów Guinnessa :) Hong Kong to też dawna kolonia brytyjska (aż do 1997 roku). Wydawało mi się, że właśnie z tego powodu wszystko będzie bardzo podobne do tego, jak się rzeczy mają w Europie. Oj, myliłam się. Znalazłam się w kraju, gdzie wszystko jest inne (choć z pozoru miało wyglądać podobnie): ludzie, ich mentalność, podejście do życia, język, literki, cyferki, fauna i flora, powietrze (akurat za wszechobecnym smogiem tęsknić nie będę :P) no i oczywiście jedzenie. Jadąc tam nastawiłam się, że chcę poznać jak najwięcej smaków, spróbować jak najwięcej potraw, poznać tamtejsze warzywa i owoce, nieznane przyprawy. Po części się to udało, dlatego przygotowałam małą fotorelację z najprawdziwszej chińskiej wege kuchni :).

Zacznę od dań głównych, ponieważ tych najwięcej próbowałam. Codziennie chodziliśmy z Krzyśkiem na kolacje do wegetariańskich restauracji: Ah Sin i Cute Fei. Znalezienie restauracji, w których serwowane są dania wegetariańskie nie stanowi żadnego problemu- korzystałam z portalu Happycow, który wyszukał mi takich miejsc ok. 30-40 tylko w rejonie, w którym mieszkałam. Zamawianie dań może stanowić już większy problem, ponieważ nawet jeśli trafimy do miejsca, gdzie można dostać angielskie menu, to nazwy potraw, które tam figurują zazwyczaj nic nam nie mówią. Najlepiej podjąć taktykę: „nie mam pojęcia co to są grzybki takie i śmakie, w sumie nie wiem, co to jest to kolejne słowo, ale generalnie brzmi smakowicie, więc raz kozie śmierć” :P. To co mi się bardzo spodobało, jeśli chodzi o podawanie dań w chińskich restauracjach to zwyczaj, że jeśli coś zamawiamy, to nie jest to jedna porcja. Zamawiamy jakby całą potrawę, z której każdy nakłada sobie pojedyncze porcje do własnej miseczki.
Jeśli chodzi o potrawy kuchni chińskiej, to dosłownie się w nich zakochałam. Zazwyczaj są bardzo lekkie- w przeciwieństwie do „chińszczyzny”, którą serwuje się w Europie- ta bazuje na smażeniu wszystkiego- warzyw, makaronu, ryżu. Oryginalna kuchnia chińska opiera się na ogromnej ilości warzyw – zazwyczaj tylko lekko zblanszowanych, jeszcze większej ilości grzybów, oczywiście ryżu i rozmaitych bulionów. Buliony, które tam spróbowałam, sprawiły że zwątpiłam we własne umiejętności wydobywania smaków z warzyw i zamykania ich w zupie :)
Bardzo charakterystyczną rzeczą dla chińskich dań wegetariańskich są ogromne ilości używanego przez Chińczyków tzw. „mockmeat”, czyli produktów zastępujących mięso. Głównie używa się tam quornu, czyli produktów mięsopodobnych uzyskiwanych z białka, które produkuje pewien rodzaj grzyba. Więc generalnie przez cały wyjazd próbowałam wegetariańskich kurczaków, wieprzowin, ośmiornic i innych rzeczy. Brzmi to dość osobliwie :P Na co dzień wychodzę z założenia, że w gotowaniu wegańskich potraw warto używać głównie sezonowych warzyw, a produkty zastępujące mięso są bardzo rzadkim gościem w mojej lodówce. Jednak będąc tam, chciałam spróbować jak najwięcej popularnych potraw :)

Uliczki w Hong Kongu są usiane małymi, otwartymi na zewnątrz knajpkami, w których Chińczycy jadają codziennie śniadania i lunche. Chińskie menu najczęśćiej bazuje na dwóch potrawach. Pierwsza z nich, podawana na śniadanie to bulion warzywny z nudlami i różnymi dodatkami – takim cieniutkim makaronem. Druga to zestaw lunchowy, na który składa się ryż, porcja potrawki- najczęściej mięsnej lub quornowej i porcja gotowanych na parze lub blanszowanych warzyw. Szczerze mówiąc taki tryb jedzenia uzależnia- duża miska gorącej i sytej zupy na śniadanie oraz miska ryżu z różnymi dodatkami na lunch. I ma się energię na cały dzień :)
Jest jeden problem z takimi knajpkami- zazwyczaj nikt tam nic nie kuma po angielsku, już nie wspominając o angielskim menu. My sobie poradziliśmy tak, że mieliśmy zrobiony na komórce zrzut ekranu chińskich krzaczków, które oznaczały „vegeterian, no meat, no fish”. Z nabiałem nie ma problemu, ponieważ najzwyczajniej w świecie Chińczycy go nie jedzą. Nie mieli nigdy tradycji spożywania tych produktów, więc teraz też mają problemy z ich trawieniem i praktycznie nie używają nic mlecznego do gotowania.
Zarówno śniadania, jak i lunch je się w środku knajpek, przy dużych stolikach, gdzie każdy, znając się, lub nie, siada obok siebie i wcina posiłek :) Na stołach często stoją różnorakie sosy do ryżu.
W ulicznych kanjpkach można kupić masę smażonych nudli z warzywami w wersji „to go”, dla spieszących się, różne smażone przekąski i napoje. Napoje były świetne. Świeżo wyciskane soki z pomarańczy, napoje kokosowe (<3 <3 <3), słodzone i chłodzone mleko sojowe. Istne niebo dla wegan :)

Tym co mnie baaardzo kręciło w zwiedzaniu – to było oglądanie ulicznych straganów, które są stawiane pod parasolkami, w wąskich uliczkach. Moją uwagę ściągały głównie stoiska z warzywami i owocami. Miałam niesamowitą frajdę wynajdowania kolejnych nieznanych mi i wyglądających mega egzotycznie owoców. Oczywiście jeszcze większą frajdę sprawiało mi próbowanie ich :) Do tej pory nie wiem, jak się większość z nich nazywała, ale 2 główne, które mi bardzo smakowały to czerwony owoc, który smakował trochę jak jabłko, ale miał konsystencję zielonego ogórka i pomarańczowy, który smakował jak bardzo delikatna, dojrzała brzoskwinia o intensywnym zapachu miodu. Jadłam też banany, które zupełnie nie smakowały jak banany :) Były małe i lekko kwadratowe. Miały mocny, cytrusowy smak i łykowatą, bardziej gęstą konsystencję, niż te, które można kupić w Polsce.
Z tego, co zauważyłam, Chińczycy raczej nie jedzą słodyczy, za to można spotkać dużo sklepów z suszonymi owocami. Próbowałam kandyzowany imbir, suszone bataty, śmieszny owoc, który się nazywał „8 immortal fruit” i smakował jak skondensowana mięta :). Najfajniejszy był jednak ten czerwony kwiatuszek, który jest na zdjęciach- był słodki i miał konsystencję żelki :) No i oczywiście bladego pojęcia nie mam, co to było :P

Z Hong Kongu przywiozłam sobie pamiątkę- mały komplet naczyń do dań chińskich, w którym oczywiście nie mogło zabraknąć czajniczka do herbaty :)
Oprócz ulicznych targów z warzywami i owocami, w Hong Kongu jest pełno ulic, na których można znaleźć branżowe sklepy. Są uliczki z samymi „aptekami”, z dziwnie wyglądającymi i pachnącymi artykułami do medycyny chińskiej. Są uliczki z kwiaciarniami, ale jedną z ciekawszych była uliczka poświęcona sklepom z wyposażeniem do kuchni i restauracji. Można tam było znaleźć chińską porcelanę, woki, ściany dosłownie wysłane tasakami, całe gabloty z formami do ciasteczek :)

Podsumowując: zakochałam się w Chinach, mam teraz ogromną ochotę tam wrócić i zwiedzić część kontynentalną, chcę się nauczyć ich kuchni, która jest tak obfita w produkty i smaki, których jeszcze nie znam. Poza tym, ta mentalność ludzi, te widoki, ta inność ;)

Mam nadzieję, że zrobiłam Wam smaka na chińszczyznę :P
Miłego dnia :)
Diana

Dodaj komentarz