Czas na podsumowanie

Moim zdaniem1

Dzisiaj zrobię coś, czego nie robiłam na tym blogu chyba nigdy – będę po prostu pisać. Do tego głównie o blogu, dlaczego powstał, co się zmieniło i w jak ogromnym szoku jestem, że od założenia Vegan Corner minęło już ponad 3 lata.

Dlaczego nigdy wcześniej nie pisałam takich wpisów?

Pisanie nigdy nie było moją mocną stroną i nie przychodziło mi łatwo. Zaskoczeniem też nie powinien być fakt, że w szkole, z języka polskiego dostawałam głównie tróje. Na moją obronę – zawsze trafiałam na bardzo wymagające polonistki. Kiedyś na to strasznie, ale to STRASZNIE narzekałam. Dzisiaj uważam, że to szczęśliwe zrządzenie losu, że miałam gorliwe nauczycielki, które nie pozwoliły mi na totalne zaniedbanie tych podstawowych umiejętności (w przypadku fizyki nie miałam tyle szczęścia :P).
Minęło już kilka dobrych lat od zakończenia szkoły, a niedawno skończyłam również swoje studia i to, co mogę Wam teraz powiedzieć, to fakt, że jestem idealnym przykładem na to, że nawet jeśli nie ma się naturalnych zdolności w jakiejś dziedzinie, to z dużym nakładem pracy i chęcią, wszystko można wypracować. Nie uważam przez to, że mam fantastyczny i lekki styl pisania, ale że zrobiłam ogromne postępy, jeśli chodzi o komunikowanie się za pomocą klawiatury ;)
Co mi w tym pomogło? Oczywiście blog. Tak, jak wspomniałam wcześniej, nigdy nie publikowałam postów, żeby sobie popisać. W 99% przypadków zamieszczałam wpis z przepisem, zdjęciami i krótkim wstępem, o tym, jak na konkretne danie wpadłam. Teraz wiem jednak, że chciałabym to zmienić, bo coraz częściej czuję, że mam Wam dużo do powiedzenia, podzielenia się wiedzą i przemyśleniami. Zabrzmiało jakoś poważnie, ale to akurat przypadek ;)

Dlaczego założyłam bloga?

Zacznijmy może jednak od początku. Jakoś w 2013 roku założyłam bloga, byłam wtedy weganką niecały rok. Pamiętam, że początek był dla mnie bardzo trudny. W sumie nic dziwnego – względy etyczne jeszcze nie były ugruntowane w głowie, odrzuciłam ponad połowę jedzenia, które stanowiło bazę mojego codziennego jadłospisu, a do tego wszystkiego myślałam, że muszę się pożegnać z czekoladą na całe życie :P
Powolutku zaczynałam poznawać kuchnię roślinną i… bardzo mi się spodobała. Szybciutko złapałam bakcyla na punkcie gotowania i postanowiłam się tym podzielić z innymi. Z jednej strony chciałam uwieczniać i przekazywać dalej swoje podboje kuchenne, a z drugiej strony, blog jeszcze bardziej motywował mnie do nauki gotowania i poznawania jak różnorodna jest kuchnia wegańska.

Nie obyło się bez mniejszych i większych problemów.

Oczywiście nie brakowało mi po drodze wpadek i masy kulinarnych niewypałów. Pamiętam, że kiedyś udostępniłam przepis na zapiekankę szpinakową na bazie kaszy manny, która średnio mi wyszła, ale mając zrobione zdjęcia, postanowiłam ją zmodyfikować w teorii i mimo wszystko zamieścić na blogu. Pierwszy komentarz pod tym przepisem był tak (delikatnie mówiąc) negatywny, że w przeciągu kilku minut napisałam przepraszającego maila do biednego człowieka, który go wypróbował, usunęłam wpis i miałam ochotę się schować głęboko pod łóżko i nigdy spod niego nie wychodzić. No cóż – lekcja na całe życie: nie rób nic na odpierdziel, bo i tak raczej to nie przejdzie.
Innym razem przytłaczała mnie ilość kolejnych produktów, które używałam, a które okazywały się nie być wegańskie. W tym: kostki bulionowe, piwo, soki owocowe, kosmetyki… Dla osoby która dopiero stara się wdrożyć weganizm do swojego życia, taka ilość informacji oraz milion różnych podejść do tego co jest wegańskie, a co nie jest, potrafi być bardzo przytłaczająca.

Co dał mi blog?

Do tego wszystkiego ja, osoba która jest bardzo podatna na prokrastynację i lubi wszystko odkładać na ostatnią chwilę, musiałam się nauczyć regularnie zamieszczać wpisy. Miałam kilka krótszych i dłuższych przerw, ale muszę Wam powiedzieć, że jestem bardzo, bardzo szczęśliwa, że mimo wszystko, udało mi się utrzymać tego bloga <3 (aż musiałam dać tutaj serduszko, wybaczcie tą wylewność). Tyle się dzięki niemu nauczyłam: gotować, fotografować, pisać, organizować sobie czas, dzielić się tym, z czego jestem dumna. Porównując swoje pierwsze przepisy z pomysłami na potrawy, które zamieszczam teraz, muszę powiedzieć, że widzę ogromną różnicę. Chyba we wszystkim :P Najbardziej jednak rzuca mi się w oczy zmiana w moim podejściu do jakości gotowania i żywienia. Ukończenie studiów z dietetyki miało oczywiście na to ogromny wpływ. Przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy nie wyrzucić pierwszych wpisów (i tych o jedzeniu, i tych o żywieniu), ale zdecydowałam, że nie chcę tego robić. To jest ważna część tego bloga i mnie. Teraz tylko mogę Wam w komentarzach tłumaczyć, że nie wszystko zrobiłabym i napisałabym dokładnie tak samo, jak 3 lata temu ;)

Co dalej?

Oczywiście nie zamierzam kończyć z blogowaniem. Tak naprawdę, to czuję, że dopiero się rozkręcam. Może przez fakt zakończenia studiów, poczułam potrzebę małego podsumowania wszystkiego, co do tej pory robiłam i zdecydowania, co dokładnie zamierzam z tym robić dalej. Blog też przeszedł przez tę małą inwentaryzację. Teraz jestem już w stanie powiedzieć, że po prawie czterech latach prowadzenia bloga, nauczyłam się dobrze gotować i odkryłam, że najbardziej odnajduję się w prostej, prawie minimalistycznej kuchni. Chcę zacząć gotować bez kompleksów, że w moich przepisach nie ma egzotycznie brzmiących produktów i przypraw. Chcę zacząć dzielić się swoim zdaniem w różnych tematach związanych z prowadzeniem wegańskiego stylu życia. Chcę też w końcu zacząć się dzielić swoją wiedzą żywieniową, żeby może jeszcze trochę bardziej przyczynić się do szerzenia prawdziwych informacji na temat diety roślinnej.

Właśnie w ten sposób dotarliśmy do końca. Teraz już oficjalnie mogę zapowiedzieć dwie nowe kategorie wpisów: „Moim zdaniem” i tę o żywieniu (chociaż jeszcze nie do końca wiem, jak ją nazwać – jakieś sugestie?). Jak zawsze, kiedy zaczynam coś, na czym mi zależy, w głowie słyszę głośne „Ufff!”.

Od kuchni

Pozdrawiam z promiennym, cukiniowym uśmiechem :)
Do usłyszenia!
Diana